|
10.02.2010. |
|
Prosiłam dziś kogoś o miłosierdzie, by zwolnił bliźniego z zapłaty (niewielkiej sumy). Prosiłam człowieka mieniącego się sługą Kościoła za kogoś naprawdę ubogiego, ale zamiast miłosierdzia usłyszałam drwiące słowa o pozornej biedzie i o tym jacy to „wszyscy” dzisiaj są biedni.
Powstrzymałam się od powiedzenia bliźniemu „do słuchu”. Szkoda mi tych, którzy sami będąc w dostatku nie chcą pochylić się na d tymi, którzy żyją w biedzie. Jeśli sądzą, że minie ich doświadczenie ich własnej małości są w błędzie. Odwracający się plecami od ubogiego sam pozna w czasie odpowiednim swoje duchowe ubóstwo. Szkoda, że niektórzy „zmądrzeją” dopiero gdy Pan ich wezwie przed swoje oblicze.
Kiedy ktoś domaga się pieniędzy za „służbę Bożą” powinien być szczególnie ostrożny. Wszyscy zarabiający na trudzie dla „chwały Pańskiej” winni pozostawać szczególnie otwarci na obecność biednych wokół siebie. Nie ma po co klękać i prosić Boga o zmiłowanie jeśli wzięło się do ręki bicz i przepędziło razami proszącego o zmiłowanie.
Nie prosiłam dla siebie więc nie czułam wstydu prosząc. Czyniłam to z czystym i spokojnym sumieniem. Jeśli pozostał we mnie po tej przykrej rozmowie jakiś niepokój to o duszę tego, który z pogardą i kpiną odmówił, bo tylko on w tej sytuacji przegrał i obciążył swoje sumienie. Oby Pan dał mu czas na opamiętanie, by zrozumiał co znaczy naprawdę być człowiekiem.
|