|
22.12.2009. |
 Wzięłam się dzisiaj za pisanie tekstu o eremityzmie do styczniowego numeru „Listu z Eremu”. Dostałam bowiem ostatnio kilka maili, które uświadomiły, mi że prócz napisanego przeze mnie elementarza anachoreckiego (czyli książki „Eremityzm. Wprowadzenie w duchowość i praktykę życia pustelniczego”) konieczne będzie wydanie jakichś dodatkowych, uzupełniających ten temat publikacji.
Martwi mnie zwłaszcza myślenie o eremityzmie w kategoriach ekstremalnych. Wszystko jest w nim przesadzone: ubóstwo (właściwie nędza), izolacja (którą trudno nazwać samotnością – to nie to samo), nieróbstwo (rzekome spędzanie życia „na kolanach”). Do tego dochodzi paranoiczne oczekiwanie, że do tego typu życia da się przejść po prostu „z marszu”, z dnia na dzień. To ostatnie to chyba największa bzdura. Nie jest rzecz jasna tak żeby nie zdarzały się w historii przypadki będące urzeczywistnieniem takich ekstremalnych wyobrażeń. Nie oznacza to jednak, że tak wygląda norma. A ta − nawet w tak specyficznym powołaniu − istnieje.
Przejrzałam nieco zagranicznej literatury tematu, zwłaszcza dotyczącej współczesnych pustelników. Tu jednak pojawia się problem polskiej specyfiki. Z jednej strony polski Kościół nie jest zainteresowany rozwojem życia eremickiego, a z drugiej − koszty utrzymania i obciążenia podatkowe są ogromne, tak więc anachoreci chcący pracować w mniejszym wymiarze godzin niż zwykli ludzie muszą się nieźle „nagłówkować” zanim sobie zorganizują utrzymanie.
Próbuję więc napisać coś co im pomoże, choć nie mam przekonania czy faktycznie się to uda. W dziwnych czasach żyjemy. Niby katolicki kraj, a ludzie będący od małego w Kościele o wierze i powołaniu myślą jak o wyborze zawodu, a nie jako o misterium dokonującym się w ich duszach, w dialogu z Panem. Może należałoby takich od razu precz odsyłać? Kiedyś tak robiono. Może problem wynika także z wychowania? Tyle małżeństw się rozpada. Może te „powołania” to też taka kategoria osób jak te, które nie potrafią stworzyć trwałego związku?
To pewnie także owoc tego, że nasz Kościół za mało się o powołania modli… Ja póki co modlę się bym umiała tym powołanym jak najlepiej pomóc.
|